czwartek, 29 stycznia 2015

Ratunku sąsiedzi gwałcą czyli całe życie z wariatami.



Nie wiem jak to się dzieje, ale mam chyba w sobie coś takiego, że po chwili rozmowy przypadkowi ludzie jakoś tak się przede mną otwierają i z normalnego człowieka, zda się na pierwszy rzut oka wykształconego, eleganckiego i kulturalnego wyłazi wariat. 

Proszę Pana, jak już rozmawiamy, może mi Pan coś doradzi <rozgląda się nerwowo>. Sąsiad meble w mieszkaniu mi przesuwa jak wychodzę po zakupy. No tak, ma dorobione klucze i jak tylko wyjdę to mi wersalkę i sygment przestawia, wiem, bo jak wracam to za każdym razem mierzę centymetrem i zawsze o centymetr-dwa jest różnica – i co ja mam robić? Nie, nie będę dorabiać nowego zamka, bo mam już pięć i starczy. Że co? Zmienić wkładki? Panie! Wariatkę pan ze mnie chcesz zrobić !?!

Nie mam zielonego pojęcia jak w bezpośrednich kontraktach traktować ludzi z problemami psychicznymi. Oni sią bardzo nieszczęśliwi i bardzo ciężko przezywają swoje urojenia, które są dla nich całkiem realne. Z jednej strony człowiek chce jakoś im pomóc, ale nie wiadomo czy zaprzeczać i prowadzić do konfliktu, czy potakiwać i samemu wychodzić na idiotę.

Ludzie pomocy, bo już nie wytrzymam, wszystko mnie boli, muszę usiąść <płacze>. Pomóżcie, bo sąsiedzi mnie gwałcą. Nie, nie dzwońcie na policję, bo już tam byłam, właśnie wracam, ale nie pomogą mi. Jak to jak mnie gwałcą, normalnie, jak wracam do domu, to oni siedzą na ławce przed klatką i na mnie już czekają, a jak przechodzę obok to się zaczyna. Nie, nie rzucają się na mnie, w myślach mnie gwałcą, ale tak mocno, że aż mnie krzyż boli i już dłużej nie wytrzymam.

Niedługo, 23 lutego będziemy obchodzili ogólnopolski dzień walki z depresją, będą akcje, plakaty, jakieś migawki w TV, jedna mądra głowa coś powie, druga z powagą pokiwa. Długotrwała depresja, do tego samotność i niezrozumienie otaczającego świata to najprostsza droga do zafundowania sobie problemów z psychiką. Czasami wystarczy porozmawiać, podzielić się z tym sąsiadem dobrym słowem, zainteresować się nim, nawet jeśli nie z potrzeby serca, to chociaż z czystego egoizmu – co by nie odkręcił gazu.

A wie Pan, to oni są wszystkiemu winni, sprzedali nas za grosze, traktują jak zwierzęta, a sami chodzą bezczelnie pomiędzy nami, ale ja już nauczyłem się odróżniać ich po chodzie. Kiedyś puszczali mi prądy rurami od centralnego i podsłuchiwali, ale mam zakręcone. Czy mogą puszczać to rurami od gazu? Niech Pan się odsunie od okna! <wygląda ukradkiem przez okno> Dobrze, dzisiaj nie latają, ale wczoraj całe chmary ich były. O! Jeden leci! Leci!

Wbrew pozorom bardzo dużo ludzi cierpi na zaburzenia umysłowe, oni są wśród nas, funkcjonują raz lepiej, raz gorzej – a my udajemy, że ich nie ma albo naśmiewamy się. W zasadzie są niegroźni, to my, teoretycznie „zdrowi na umyśle”, stygmatyzując ich, stanowimy dla nich największe zagrożenie. A wystarczy wciągnąć ich w życie społeczne, zagadać, zainteresować się, wyciągnąć przysłowiową rękę. 

Tylko i aż tyle.

czwartek, 22 stycznia 2015

Dwa łyki bielawskiej polityki.



Choćbym nie wiem jak starał się od tematu uciec, to zawsze gdzieś tam z tyłu się czai i nie pozwala o sobie zapomnieć. Co zrobić, strasznie lubię to moje małe miasteczko i dobrze mu życzę. A tymczasem zamiast się po zmianie władzy uspokoić, cały czas coś budzi mój niepokój i obawę o możliwe rozczarowanie.
Oczywiście bardzo dobrze się stało, że Bielawianie powiedzieli ekipie Dźwiniela basta! Panowie wielokroć udowadniali, że są największym zagrożeniem dla Bielawy i całe szczęście, że przeszli do historii. Po ogłoszeniu wyników wyborów cieszyliśmy się jak dzieci wierząc głęboko, że się odmieni na dobre. Z pewnością dwa miesiące rządzenia to zdecydowanie za mało aby oceniać władze, tu potrzeba uczciwie dać rok czasu, ale pierwsze decyzje są i są one dyskusyjne. A ponieważ nic tak dobrze władzy nie robi jak patrzenie jej na ręce, no to się przyjrzyjmy.
Pan Łyżwa sięgał po władze w mieście pod kilkoma hasłami. Najpilniejsze i najprostsze zadanie to zrobienie porządku z nepotyzmem, kumoterstwem, rozbicie klik trzymających władze i towarzystw wzajemnego poklepywania się po plecach. I co? I tak sobie. Najpoważniejszy problem w postaci BARLu wciąż nabrzmiewa i nie jest rozwiązany. Dlaczego? Nie wiemy nadal nic o stanie miasta, choćby w zarysach, czy ktoś to w ogóle bada? Trudno mi komentować dotychczasowe decyzje personalne, bo każdy ma szanse się zmienić na lepsze, ale zachowuję zdrowy sceptycyzm. Poczekam do grudnia. Ale obawy mam.
I choć „sprawdzony zespół” przeszedł do historii, to trudno oprzeć się wrażeniu, że historia może się powtórzyć. Oczywiście nie będzie to Pan emeryt Dźwiniel, taka sztuka się nikomu nie udała, ale w kolejnych wyborach Andrzej Hordyj będzie z pewnością poważnym kontrkandydatem dla Piotra Łyżwy. Najbliższy rok będzie testem dla obecnego burmistrza. Oczekuję, że do końca grudnia w Bielawie zostanie podpisany przynajmniej jeden akt notarialny dotyczący działki pod budowę nowego zakładu, że sieć cieplna zostanie przekazana spółdzielcom zgodnie z obietnicą i będą mniej płacić za ciepło, że zostanie podpisany akt notarialny kupna zbiornika oraz, że powstanie w Bielawie chociaż jedna atrakcja turystyczna dla przeciętnego mieszkańca Wrocławia – taka, żeby chciało mu się tu przyjechać i powracać z zadowoleniem.
Przy grudniowej ocenie władzy nie będą mnie obchodzić żadne ronda, drogi, chodniki i przystanki – to elementarz i każda władza to robi rękoma swoich wydziałów inwestycji – tylko zrobienie porządku w mieście i te cztery powyższe tematy. Mam nadzieję i wierzę w to, że nowa władza podoła powyższym tematom, choć ta moja wiara jest wystawiana na coraz większą próbę. Jeżeli Pan Piotr Łyżwa odpuści sobie któryś z tych punktów, nie będzie mu się chciało lub nie będzie potrafił, ewentualnie da się przekonać, że dobrze jest jak jest, to będzie to jego pierwsze i ostatnie burmistrzowanie, a kto wie, czy nie przedwcześnie zakończone.
Panie i Panowie przy władzy, nie zawiedźcie nadziei Bielawian, bo nie wybaczą tego. Powodzenia i do roboty!

poniedziałek, 19 stycznia 2015

Polak, Turek dwa bratanki.



Z Turcją i Turkami od dawien dawna mam problem, taki klasyczny dualizm poznawczy z którego trudno przeprowadzić racjonalne wnioskowanie. Jest późny wieczór w Side, siedzimy przy stoliku pod figowcem tuż obok antycznej tawerny pamiętającej czasy Marka Antoniusza i Kleopatry, a może i wcześniejsze. Znad zatoki powiewa delikatny wiaterek, wino jest doskonałe. Anatolia to jedno z tych pięknych miejsc na ziemi, obfitujących w powstania i upadki wielkich kultur, filozofii i cywilizacji. Małe miasteczko pełne starożytności czasów hellenistycznych, rzymskich i bizantyjskich jest przykładem na zawiłości historyczne tego kraju. Wszystko piękne, tylko żeby jeszcze tylko nie było tu tych Turków…
29 maja 1453 roku wypadało we wtorek. W tym dniu Turcy po długim oblężeniu zdobyli Konstantynopol i przypieczętowali ostateczny upadek Bizancjum. Przerażeni mieszkańcy zebrali się przy kolumnie Konstantyna Wielkiego, bowiem jedno z proroctw głosiło, że gdy tylko Turcy zbliżą się do kolumny z nieba zstąpi anioł i przekaże cesarstwo wraz z mieczem nieznanemu, stojącemu przy kolumnie człowiekowi, który na czele armii odniesie zwycięstwo. Większość z nich została oczywiście wymordowana. Cały potężny obszar Azji Mniejszej dostał się pod panowanie otomańskie, kolebka chrześcijaństwa upadła, tylko w samym Side były 3 bazyliki, po których zostały pokruszone mury przysypywane piaskiem. Pochód potęgi otomańskiej został zatrzymany dopiero 230 lat później pod Wiedniem, przez wojska polskie.
Nie pierwszy to raz, kiedy to Polacy spotkali się z Turkami. Pierwszy kontakt nastąpił długo przed zdobyciem Konstantynopola - Polska była pierwszym krajem w Europie, który nawiązał stosunki dyplomatyczne z dworem sułtana. Przez całą naszą wspólną historię wzajemne kontakty opierały się na poszanowaniu przeciwnika, a okresy konfliktów przeplatały się z okresami przyjaźni. Nasza wspólna historia może być wzorem: Turcja nigdy nie uznała rozbiorów Polski, była nam w tym czasie przyjazna i bardzo pomocna. To właśnie Turcja przyjmowała naszych uchodźców – powstańców powstania listopadowego, to w Turcji funkcjonowała jedyna na świecie w tamtych czasach polska gmina – Adampol.
Niedługo później Turcja dała się poznać jako pierwszy na świecie kraj, w którym doszło do ludobójstwa, Turcy w okrutny sposób wymordowali zamieszkujących u siebie od wieków Ormian i Greków. Ponieważ do dziś nie uznali tej potwornej zbrodni za swoją winę, nie mogą zostać członkiem Unii Europejskiej – to w dużym skrócie, ale tak jest. A szkoda, bo dzisiejsza Turcja jest potęgą gospodarczą, surowcową i militarną. To jest samowystarczalne państwo pod każdym względem i szósta armia świata. Notoryczne „nie” dla członkostwa Turcji w UE spycha te państwo w kierunku islamizacji, gdzieś się gubi spojrzenie na laicką Turcję wielbionego tam powszechnie Kemala Paszy Ataturka, który ma pomnik w każdej, nawet najnędzniejszej wiosce.
Dlatego to wino pite w Side ma słodko-gorzki smak, siedząc na starożytnych kamieniach chcemy mocno zapomnieć, że te kamienie są oblane krwią chrześcijan i chyba zapominamy. Dobrze byłoby móc przebaczyć, ale jak przebaczać, kiedy nie ma uznania winy i prośby o przebaczenie? To w końcu jaka jest ta Turcja, dobra czy zła?
Cóż, chyba normalna, ani dobra, ani zła, obracamy mitami zamiast prawdą, z tą całą naszą wizją Turcji jest po trochę jak z kebabem doner. Pochodzi z Berlina.

piątek, 9 stycznia 2015

A więc wojna!



W końcu nas otoczyła. Po dziesięcioleciach względnego spokoju mamy oficjalną wojnę u sąsiada na wschodzie oraz nieoficjalną wojnę terrorystyczną na zachodzie. Na dodatek sami się wykrwawiamy na froncie demograficznym. Najwyższa pora coś z tym zrobić. Bo to co się dzieje na wschodzie i na zachodzie właściwie nie dziwi, sąsiedzi ciężko i wytrwale się napracowali na taki stan rzeczy. Ukraina nie zrobiła nic, ale to kompletnie nic od czasów upadku ZSRR, gorzej, poszła w korupcję i oligarchię.
Francja i ogólnie zachód nasprowadzał sobie muzułmanów na własną zgubę i właściwie już nic na to nie poradzą, już za chwilę dominującą religią na zachodzie będzie Islam, już za chwilę będą wprowadzane prawa ograniczające swobody obywatelskie i zacznie się robić naprawdę gorąco. Myślę, że to w końcu dotarło i społeczeństwa zaczynają nabierać rozumu, zdając sobie sprawę, że multi-kulti oraz mit o własnej atrakcyjności kulturowej legł w gruzach. Muzułmanie wcale, a wcale nie rwą się do asymilacji. Gorzej, o ile nawet pierwsi przybysze garnęli się do kultury zachodu, o tyle ich dzieci już tu urodzone nie mówią o sobie jesteśmy Francuzami, Niemcami czy Szwedami, tylko z powrotem jesteśmy Algierczykami, Syryjczykami, czy Bóg wie kim. Ale przede wszystkim niesiemy niewiernym Islam i będziemy podbijać Europę krzyżowców. W wielu miastach zachodniej Europy najpopularniejszym imieniem dla chłopca jest Achmed, o ile trzy lata temu ta wiadomość w odniesieniu do Amsterdamu robiła wrażenie, to teraz nikogo nie dziwi.
Dzięki Stalinowi jesteśmy państwem mono. Mononarodowym, religijnym, kulturowym, takim homogenicznym, jak serek. Nie ma fermentacji, pleśni, jedyne co nam grozi to wyschnięcie i to się niestety dzieje na potęgę. Tracimy ludność jak na wielkiej wojnie. Część wyjeżdża, część rezygnuje z założenia rodziny, wymieramy. Proszę się nie nabierać na szumne założenia funkcjonowania ZUS dłuższe niż 10 lat. Najdalej za 25 - 30 lat system padnie, będzie z grubsza 10 mln ludzi uprawnionych do świadczeń emerytalnych, 10 mln ludzi w wieku „produkcyjnym” i w porywach do 9 mln dzieci i młodzieży uczącej się. Dzisiejszy brak reformy emerytalnej poskutkuje wysypaniem się systemu w niedalekiej przyszłości, co jest pewne i oczywiste. A ponieważ za te 25 lat do głosu dojdzie pokolenie emerytów przegłosują sobie co chcą, czyli np.prywatyzację resztek polskiego majątku z lasami włącznie, bo z czegoś trzeba będzie tych ludzi utrzymać.
Co robić? Ależ to proste. Trzeba pościągać do Polski ludzi. Koniec z mono, będziemy kolorowi, będzie inaczej. Niech sobie pracują na siebie, na naszą gospodarkę, na nasze utrzymanie, na nasze bezpieczeństwo. Sedno sprawy tkwi w tym, żeby nie sprowadzać ludzi problematycznych, żadnych muzułman, żadnych partyzantów. Bierzemy wszystkich chrześcijan z krajów, gdzie ich prześladują. Afryka, Azja – niech znajdą wolność u nas, jak za dawnych czasów świetności Rzeczypospolitej. Niech powrócą nasi rodacy rozsypani po obszarach byłego ZSRR. Oni chcą tego, zechciejmy i my. Można razem zbudować piękny, tętniący życiem kraj, jako opozycja do wstrząsanego konfliktami wschodu i zachodu.
Że co, że to dyskryminacja? Oczywiście, i bardzo dobrze. Jeden z najlepiej rozwijających się krajów świata – Nowa Zelandia, za podstawę polityki imigracyjnej przyjął dyskryminację na tle rasowym. Nie wiem jak to wygląda teraz, ale działało długie lata. Jak widać z dobrym skutkiem. To co, my gorsi?

Poradnik początkującego poszukiwacza skarbów w Bielawie i okolicach – część II



Militaria – zgodnie z obietnicą tym razem o tych znaleziskach, które cięły, siekły i strzelały. Na początek ostrzeżenie: posiadanie broni palnej, jej istotnych części lub amunicji do niej, z automatu skutkuje postawieniem przez prokuratora zarzutów zagrożonych karą pozbawienia wolności do lat 8. To na wypadek pokusy zatrzymania sobie na pamiątkę tego czy owego, w stanie jak to mówią prawnicy „nie pozbawionym cech bojowych”.
Najczęściej będziemy mieli do czynienia z bronią z okresu II wojny światowej. Niemcy zamieszkujący nasze okolice broni mieli w bród. Była to najczęściej broń strzelecka długa, różnego rodzaju karabiny, sportowe, myśliwskie, ale też i jak najbardziej wojskowe. Broń ta była praktycznie zawsze ukrywana na strychach, nie spotkałem się z żadnym przypadkiem zakopania jej w ziemi. Za murłatą, na płatwi, albo przy ścianie za kominem znajdziemy mausery, sztucery i dubeltówki. Na poddaszu przedszkola przy Wolności w Bielawie odnaleziono piękną kolekcję zabytkowej broni palnej należącej do czeskiej rodziny Postpischil (to ten piękny grobowiec na cmentarzu parafialnym) – obecnie zalega w magazynach muzealnych we Wrocławiu. W latach 50-tych, w jednym z zabudowań na Wojska Polskiego wyciągnięto z poddasza 8 karabinów – po zabawie w strzelanego wylądowały na dnie zbiornika z gnojówką. Broń krótka była często chowana w stropach, pomiędzy belkami. Wystarczyło podnieść deskę na podłodze i po odgarnięciu zasypki można było chować co się chce.
O dziwo jest całkiem sporo broni radzieckiej. Na dolnej Bielawie znajdowano Mosiny, sporo amunicji produkcji radzieckiej, skąd tam tego tyle się wzięło? Taka ciekawostka, na terenie budowy kościoła na dolnej Bielawie znaleziono wbitą w ziemię bombę lotniczą SD-4.


Bomba niewątpliwie zrzucona z samolotu, bo odkopana pionowo gdzieś na głębokości 1 m, niewątpliwie niemiecka, skąd się wzięła? Czy to Niemcy bombardowali swoich? Czy to ruscy dorwali trofiejny magazyn i czyścili zawartość? Ot zagadka.
Po drugie o dziwo, jest całkiem sporo niewybuchów i niewypałów w ziemi. Pisze o dziwo, bo żadnych działań wojennych na naszych terenach nie było. A nie ma roku, aby czegoś z ziemi się nie wykopało. Największy skład pocisków wykopano przy ul.Wysokiej, przy okazji kopania kanału zasilającego zbiornik. Pojedyncze sztuki wychodzą przypadkowo, ostatnio przy wymianie przyłącza gazu przy XXV-lecia 21.

Ale świętym Gralem poszukiwaczy jest zrzutowisko broni. Albo rozbrajały się oddziały wojska, wrzucając uzbrojenie do jakiegoś dołu, albo oddziały, powiedzmy mniej formalne. W Kamionkach pewnego razu dzieciaki dorwały się do zrzutowiska w jednej ze sztolni. Pół dzieciarni w szkole naraz pojawiło się uzbrojone po zęby i dawaj na przerwie bawić się w strzelanego. Dorośli nie bawili się w milicję, zabrali broń, wrzucili z powrotem do dziury na stertę pozostałego żelastwa, a sztolnię zasypali kamorami. Ślady widać do dziś. Spore zrzutowisko ma być też jakoby w okolicy Jemnej. W Bielawie „znaleziono” dwa magazyny broni, ale to temat na zupełnie inną opowieść, bo dotyczy formowania się państwa Izrael w ogólności, a Mosadu w szczególności, na terenie tzw. Republiki Rychsbaskiej.
Z tego wszystkiego wynika, że broni było w obfitości kiedyś, nadal jest i pewnie nie prędko się wyczerpie. Sporo ludzi ma pochowane to i owo, szczególnie po okolicznych wsiach. W sumie nie wiem, czy na czarną godzinę, czy na okoliczność zmiany ustawy o broni i amunicji, żeby sobie nad kominkiem powiesić.
Broń biała to znaleziska mniej liczne, zdecydowanie w górach i zdecydowanie z wykrywaczem. Natomiast klasa tych znalezisk to cud, miód i malyna. Pełen przekrój od czasów Cesarstwa Rzymskiego do nowożytności. Sam mam w szufladzie ułomek głowni damasceńskiej o przepięknie przeplatających się warstwach, znaleziony w okolicach drogi pod górami w rejonie Prewentorium. Koledze „wyszła” pięknie zachowana szpada. Zapewne tony tego żelaza wciąż czekają na swoich odkrywców, nic tylko kopać.





środa, 7 stycznia 2015

Poradnik początkującego poszukiwacza skarbów w Bielawie i okolicach – część I



Temat, który potrafi przerodzić się w pasję, zamienić spokojnego człowieka w poszukiwacza ganiającego z wykrywaczem po lasach, chaszczach i polach, który wolne chwile woli spędzać nad starymi mapami niż przed TV. Jeśli jesteś takim właśnie zapaleńcem, to ten tekst nie jest dla Ciebie, możesz sobie darować, bo zapewne wszystko znasz i wszystko wiesz – łyknąłeś już bakcyla. Ale resztę będziemy pomału zarażać. Temat jest tak ciekawy i obszerny, że opowiedzieć o nim na raz będzie za dużo. A zatem będą trzy części: pierwsza o depozytach, druga o militariach i trzecia o prawdziwym, najprawdziwszym skarbie ukrytym w Bielawie jeszcze w czasach wojen husyckich, który był odnaleziony i potem został ukryty na nowo.
To, co się najczęściej przypadkowo znajduje podczas remontów poniemieckich domów popularnie nazywa się właśnie depozytami. Mieszkańcy Bielawy podczas II Wojny Światowej mogli czuć się w miarę bezpiecznie, byli praktycznie poza zasięgiem alianckiego lotnictwa, działań wojennych nie było tu nigdy. Nadciągnięcie frontu było więc dla nich przeżyciem traumatycznym. Propaganda niemiecka chcąc pobudzić ludzi do obrony za wszelką cenę, przedstawiała podawała liczne przykłady rzezi ludności cywilnej dokonywane przez Rosjan, przykłady na powszechne gwałty i totalny rabunek. To prawda, tak to właśnie wyglądało, a przerażeni ludzie nierzadko całymi wioskami popełniali zbiorowe samobójstwa. Inni, niepewni swojego losu ludzie zabezpieczali swój majątek przed grabieżami, a sami uciekali gdzie się da. Ci, którzy zostali „oswobodzeni” widząc co się dzieje chowali resztę tego co posiadali byle gdzie, byle z oczu. Ostatni rzut ukrywania majątków następował przed deportacją w głąb Niemiec, nocą, po ciemku, szybko i byle jak. Jedno co było pewne to, to, że niedługo wrócą. To przekonanie podzielali zresztą i Polacy, wystarczy wspomnieć, że pierwsze domy jednorodzinne w naszym powiecie zaczęły powstawać dopiero 30 lat po wojnie, jak było już raczej pewne, że jednak „nie wrócą”.
Ponieważ depozyty w przeważającej części były pochowane byle jak, 95% z nich znaleziono w ciągu 20 lat. Praktycznie w każdym jednym poniemieckim domu, lub w jego rejonie było coś schowane. W kliku piwnicach było to zamurowane jedno z pomieszczeń. Po latach, okazało się, że brakuje „piwnicy” w piwnicy i po rozwaleniu ściany odnajdowano skarb w postaci … pierzyn, zatęchłych ubrań, słoików z mięsem, dżemów, książek, a jak kto miał szczęście to i alkoholi. O winie, które z biegiem lat zamieniło się w alkoholową galaretkę krążą wśród poszukiwaczy legendy. Najoczywistszym miejscem dla bardziej wartościowych przedmiotów był strop ponad parterem. Przybyli później szabrownicy wycwanili się na tyle, że wybijali na wysokości stropu dziury w ścianach i świecili latarką w tzw.”ślepy pułap” szukając ukrytych dóbr. Najczęściej chowano tam srebrne sztućce, rzadziej złoto, pieniądze. Pierwsi osadnicy wspominają, że co drugi dom był tak podziurawiony. Kolejnym miejscem do obowiązkowego przeszukania jest więźba dachowa, podbitki, miejsca za murłatami. Złoto i biżuteria oraz pieniądz papierowy lądował w kominach, wyczystkach, rewizjach, starych piecach i przebiciach w ścianach. Dużo ludzi wzbogaciło się remontując swoje stare, dymiące piece.
Zawsze „skarb” jest zaskoczeniem dla znalazcy. Nowy nabywca zabudowań gospodarczych często przeszukuje swoje zabudowania właśnie pod tym kątem. W Pieszycach, jakieś 10 lat temu, w jednej ze stodół w centrum miasta panowie sondowali klepisko metalowym prętem i pół metra pod posadzką znaleźli zakopaną skrzynię. Pełni nadziei otwierają ją, a tam … brązowe patelnie emaliowane, komplet równie brązowych garnków z pokrywkami, obrusy, pościel – wszystko nowe, nieużywane. Cały posag jakiejś panny, cała wyprawka ślubna. Innym razem w Bielawie, hm, będzie ze 30 lat temu przy ul.Wolności w okolicach Biedronki na dole, w takim budynku za mostkiem remontowano piec kaflowy. Wyciągnięto z niego pokaźny majątek – dwie grubaśne rolki marek, kilkanaście, może kilkadziesiąt tysięcy tego było. Niestety temperatura zrobiła swoje, połowa rozsypała się w proch od samego dotknięcia. W Dziećmorowicach w jednej stajni był parnik do parowania ziemniaków. W wyczystce przy tym parniku ludzie znaleźli półtora kilograma złota. W Bielawie, w okolicach Piastowskiej – Górskiej z sufitu przy lampie pewnego razu spadły złote monety. W zamurowanej piwnicy magazynu przy kolejowej w latach 80-tych były skrzynie z różnego rodzaju dobrami, porcelaną, książkami, bibelotami, bronią.
Tego jest jeszcze bardzo, bardzo dużo. W każdym jednym domu coś było, to pewne. Jeśli akurat w takim mieszkacie i wiecie, że ktoś coś już tam znalazł, to pech (u mnie były to srebrne sztućce w podłodze na strychu), ale jeśli nic takiego nie miało miejsca, to wasze skarby czekają na was. Nie dajcie im czekać!