środa, 31 grudnia 2014

Nie-dzielni Chrześcijanie



W 2011 roku CBOS przepytał Polaków jak to jest z ich wierzeniami, zadał to ewangeliczne pytanie - za kogo się uważają. Patrząc na to ile osób chodzi w niedzielę do kościoła, ile przyjmuje sakramenty, można by się spodziewać, że będzie to 30, może 40 %. Okazało się, że za katolików uważa się 95% Polaków, a za katolików „praktykujących” około 50 %.  Tymczasem, jak liczą co roku wiernych po kościołach, wychodzi niewiele ponad 16 % przyjmujących komunię. To jak to jest? Kim jest te prawie 80% Polaków myślących o sobie „katolicy”, a  faktycznie nimi nie będących?  Cóż, nie ma co się oszukiwać, statystycznie wychodzi, że to właśnie my.
Jest kiepsko, bo choć lubimy o sobie myśleć pozytywnie, wychodzi na to, że sami się oszukujemy. I to prawda, żadni z nas katolicy, nie mamy pojęcia o prawdach wiary, nie znamy Biblii, może tyle, ile nam popkultura nakładzie do uszu. Że nie prawda? No to mały test: na czym polegał grzech Onana? Czy ktoś pomyślał o masturbacji? Źle, to całkiem nie na tym polegało. Onanowi umarł bezpotomnie brat, pozostawiając młodą wdowę, której status społeczny bez własnego dziecka był żaden. Dosłownie żaden. Ówczesne prawo nakazywało rodzinie zmarłego ratować sytuację bratowej  poprzez doprowadzenie do tego, aby jednak zaszła w ciążę i urodziła.  Taki wówczas był świat, trudno nam to zrozumieć, ale tak to działało. Natomiast Onan postanowił wykorzystać sytuację i legalnie bzykał sobie bratową pilnując co by przypadkiem w ciążę nie zaszła, bo to by oznaczało dla niego koniec rozpusty. Jak z tego zrobiono masturbację nie mam pojęcia.
Kolejny przykład, będący oklepanym sposobem na katolika: skoro jest przykazanie nie zabijaj, to dlaczego w Watykanie jest uzbrojona gwardia? Bo tak naprawdę nie ma przykazania nie zabijaj, jest nie morduj, a w języku, w którym spisywane były księgi Biblii miało to fundamentalne znaczenie.  W Biblii zapisanoLo tircach”  (nie morduj) - oznacza to nieetyczne, bezprawne pozbawianie życia, podczas gdy zabijanie może być etyczne, zgodne z prawem i uzasadnione, o czym przekonuje chociażby konieczność samoobrony (wtedy byłoby „Lo taharog”). Co się stało? Starożytna greka nie rozróżniała, a przy dalszych tłumaczeniach posłużono się właśnie tą greką i tak już zostało.
Konia z rzędem temu kto wytłumaczy sobie czy innym o co chodzi z przykazaniem „nie będziesz brał imienia Pana Boga twego nadaremno”. Katolicy, jak to rozumiecie? To jest fundamentalne przykazanie i nie chodzi bynajmniej o nadużywanie „O Jezus!” jak człowiek zamiast w gwoździa walnie młotkiem w palec. W oryginale to brzmi „Lo tissa et szem Ha-Szem Eloheika lashav” – dosłownie: nie będziesz niósł imienia Boga do osiągnięcia złego (poniżającego) celu. Nie posłużysz się wiarą jako narzędziem do rzeczy niegodnych, czczych, niepotrzebnych.  Nie popełnisz zła w imię Boga. Nie posłużysz się imieniem Boga, religią, czymś świętym do osiągnięcia własnych korzyści. To jest najgłębszy sens tego przykazania. Jak znajomo i aktualnie to brzmi, nieprawdaż?
Żeby być prawdziwym katolikiem nie wystarczy tak się deklarować, obawiam się, że nie wystarczy nawet czasem pójść do kościoła. Katolik to poszukujący prawdy i doskonalący się. To nic złego, chęć bycia katolikiem to bardzo dobra potrzeba, ale zarazem wymagająca. Zawsze jest coś, czego trzeba się nauczyć, choćby to było zrozumienie kilku prawd zawartych w Biblii. Na całe szczęście dla poniektórych, znajomość Biblii nie jest według tejże Biblii niezbędna do zbawienia.
Problem w tym, że jest strasznie, ale to strasznie pomocna. O czym niedzielni chrześcijanie kompletnie zapomnieli.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz